Chciałam zacząć od jakiegoś błyskotliwego porównania moich uczuć, ale każde z nich wyszło żałośnie, tak własciwie to dobre określenie mojego życia. Wrośnięta korzeniami w jedno miejsce niczym drzewo. Jestem spragniona życia, usycham widząc codzienność, niezmienną, monotonną od 19 lat. Nie czuje się dobrze, tak naprawdę wydaje mi się, że umieram żyjąc. Chciałabym uciec, wyruszyć w podróż życia, odkryć to co nieznane dla mojej duszy, poszukać wiary i miłości. Czyż to nie śmieszne? Pragnąć takich błahostek a zarazem czegoś wielkiego. Potrzebuje odszukać Boga w swoim życiu, potrzebuje jego uzdrowienia. Podobno Pan jest wszędzie, nie trzeba przebyć wędrówki by Go odnaleźć, ten kto to powiedział miał racje ale wędrówka jest nam potrzebana do oczyszczenia duszy i odnalezienia samego siebie, gdy posiądziemy spokój ducha, zobaczymy Boga w całym obliczu.
Bałam się samotnych nocy i dni, kiedy one nadeszły strach odszedł ustępując miejsce nieszczęściu, teraz boje się poranków. Boje się, że ze wschodem słońca zapragne zachodu mojego życia. Śmierć wydaje się byc straszna ale taka prosta. Każdy koniec dnia przynosi tyle bólu a śmierć w tedy wydaje sie być piękna w obliczu życia, ale sen ją odgania, a co jeśli i on nie będzie już miał sił dogonić kosiarza?
Pragnę poznać oblicze Boga, pojąć jego mądrość i na nowo zapragnąć żyć, czuć jego miłość i ją rozsiewać.